Radosław Korniluk

ROWEROWA WYPRAWA DO SZKOCJI
(Tobie go, Amo, poświęcam...)

Już mroźna noc zapada,
Śnieg wolno sobie prószy…
Opowiem Ci bajeczkę
Więc szybko nadstaw uszy:

Działo się to niedawno.
Rzekłabyś wczoraj prawie…
Sprzed zamku wyjechali
Początek dać wyprawie.

A było ich dziesięciu,
Każdy nie jedno przeżył,
Lecz w to, co ich czekało
Żaden by nie uwierzył.

I wsiedli na swe konie
Co z hartowanej stali.
Ostatnie pożegnania,
Nie ma ich – pojechali.

Te pierwsze kilometry…
Do Grambow. Łatwa sprawa,
Cóż dla nich ? Wszak największa
To w życiu ich wyprawa.

Więc wsiedli do pociągu,
Przez Niemcy przejechali
Nim upłynęła doba.
Po drodze – w parku spali.

Lecz cóż to ? Los przekorny
Już wówczas figle prawił:
Sebastian stracił paszport
- w pociągu go zostawił,

Zaś Bartka rower nowy,
W ogóle nie dotarty,
Odmówił posłuszeństwa.
Wnet się skończyły żarty.

Pod wieczór, gdy do Arnhem
Mil kilku brakowało,
marzyli, by to wszystko
Złym snem się okazało.

Lecz duch ich nie opuścił:
Udali się do Hagi.
Odważnym szczęście sprzyja
- nie brakło im odwagi

A w haskim konsulacie
Chyba w ostatniej chwili,
Widząc pech Sebastiana,
Paszport mu wyrobili

I chociaż musiał zostać
Dni parę w Amsterdamie,
Wiedzieli, że na krótki
Czas jest to pożegnanie

Tymczasem ląd brytyjski
zachrzęścił pod kołami.
Ruszyli lewą stroną
nie całkiem przekonani.

Droga wiodła pod górę,
Słońce jeszcze świeciło.
Dobry nastrój powrócił,
Wiatru, deszczu nie było.

Wieczór przyniósł odmianę:
Pagórki zamienił w góry
i zanim się spostrzegli
Słońce przykryły chmury.

Gdy rzymski fort zwiedzali
Rano – powiało chłodem.
O tym, że wciąż padało
wspomnę tu mimochodem.

Jechali jednak dalej.
Na zachód los ich pchał.
Gdzieś pośród szumu wichru
Słyszeli jak się śmiał.

Stanęli u wrót Szkocji
- pod Gretną jest granica.
Czekali na tę chwilę.
Radość rozjaśnia lica

A zatem to już tutaj ?
Narasta podniecenie…
Wszak właśnie w tym momencie
spełnia się ich marzenie.

Dalej, ach jedźmy dalej !
Wszak tyle czeka nas…
Gretna, Ruthwell, po drodze
Zamek – na nocleg czas.

Kierunek północ. Zazwyczaj
Spokojny głos kierownika
Trochę niespodziewanie
Ton zwątpieniem przenika…

Stało się. Nikt na mapę
Kątem oka nie spojrzał.
Przebyli kawał drogi,
Paweł omyłkę dojrzał.

Odwrót, gorycz porażki.
Wszak już powinni być tam
A wciąż są tu, więc na skrót
Przez las, aż do zamku bram.

To miejsce umówione
Gdzie czekać Sebastian miał…
Pusto. Nie ma nikogo…
Los ciągle z nich się śmiał.

Po nocy z midżisami
Każdy miał w bąblach skórę,
Poznawszy namacalnie
Krwiopijczą ich naturę,

Lecz żadna to przeszkoda
Gdy obóz zwinąć trzeba.
Wyruszyli do Glasgow.
Deszcz ciągle padał z nieba,

Wiatr znowu wzmógł się zimny,
Więc zęby zaciskali.
Złość im sił dodawała.
Wieczorem dojechali.

Chłodne, bezduszne miasto,
Zbudowane z granitu,
Uczucia wywołuje
Dalekie od zachwytu.

Patrzą, z przeciwnej strony
Ulicy wymachuje
Rękami ktoś znajomy !
Nikogo już nie brakuje !

Są znowu wszyscy razem.
Gorące powitanie:
Coście dotąd robili ?
Gdzie byłeś Sebastianie ?

Rankiem jeszcze zdążyli
Zamek zwiedzić na skale,
Wyrosły ponad miastem,
Potężny niebywale,

I drogą ku północy
Wiodącą podążyli.
Wieczorem nad Loch Lomond
Swój obóz rozłożyli.

Jechali mgieł doliną,
Milczeli z niewyspania,
Moknęli w strugach wody
Bez rzeczy do przebrania

Ach, kiedyż postój będzie ?
Jechać już nie możemy…
Za chwilę odpoczynku
Stokroć podziękujemy…

Droga do Inveraray
Prowadzi wzdłuż zatoki.
Po prawej zamek. Widzisz ?
Już miasto o dwa kroki !

Niezwykłe w nim muzeum
Mają. Niegdyś więzienie…
Odwiedźmy je ! Spodobał
Ten pomysł się szalenie.

W następne dni moc zamków
Po drodze napotkali.
Kamienne te warownie
Widoczne są z oddali.

Ten pośrodku jeziora
Na wyspie położony,
Tamten wśród bagien, inny
Na wzgórzu rozłożony.

Tak do Fortu Williama
Dotarli. Nawet byli
Cali, chociaż po drodze
Nie raz się wywrócili.

Na Ben Nevis nie weszli,
Choć wjechać zamierzali !
Gdy rankiem mieli wstawać,
Tylko spali i spali.

A tego dnia zadanie
Przed nimi trudne stało.
Jednak by je wykonać
Czasu było zbyt mało.

Spieszą się, może zdążą
Przed nocą jednak na prom…
Pęka opona. Ta wieść
Spada na nich jak grom.

Co robić pośród gór
gdy szybko zmrok zapada ?
Tak, lepiej zjedzmy coś
wszak płakać nie wypada…

Opona ? Żaden problem !
Łatek brak – nie ma sprawy !
Czy jeszcze coś ? Nie, chyba
Już dosyć tej zabawy !

W bladym świetle księżyca,
Lamp migoczących blasku:
W drogę ! Noc im nie straszna,
Nie będą czekać brzasku !

I tylko dziwne cienie
Ze skał na nich spływały.
Milcząco, potajemnie
Tę jazdę oglądały.

Wtem, tak, pamiętam dobrze
Tę chwilę: jęk zachwytu
się wyrwał - to Ocean !
Nieważne, że do świtu

Wciąż jeszcze jest daleko.
Dnia nam wcale nie trzeba
By spojrzeć po horyzont:
Morze dotyka nieba,

Skrzy się świateł tysiącem,
Faluje. Czy słyszycie
Ten szum ? A tamte skały
Co błyszczą, czy widzicie ?

Gdy w końcu w środku nocy
Na przystań zawitali,
Czekać na prom do rana
Im przyszło, więc czekali.

Skye deszczem ich witała.
Świat w mgle utonął cały,
Zielone dotąd wzgórza
Tak groźne się wydały…

Gdy wiatr dmąć srogi zaczął -
Jeźdźców z drogi spychając,
Co wciąż w górę się pięła -
Marzli, los przeklinając.

Pamiętasz tę noc na Skye ?
Gdy wiatr coraz mocniej wiał ?
Na wskroś przenikał i gnał ?
Jak wył, jak targał i grzmiał ?

W ciemnościach czaił się lęk.
Byle wytrwać do rana…
Kiedyż ta noc się skończy
kolejna, nieprzespana,

Spędzona na podłodze
W suszarni lub w łazience ?
Namiot się kładł na głowy…
Nigdy, ach nigdy więcej !

Wracajmy ! Błędnym wzrokiem
Wodzili dookoła.
Pogodzie tej nikt przecież
Podołać z nas nie zdoła !

Zebrali więc namioty,
W sakwy popakowali
Swe przemoczone rzeczy
… Więc żegnaj Skye. Wracali.

Zaczęły się rozstania:
Już Barciu autostopem
Do domu zmierza. Reszta
Podąża jego tropem.

Lecz cóż to, miast dziewięciu
Ósemka tylko jedzie…
Brak z tyłu Sebastiana…
Nie ma go też na przedzie…

Czyżby starym zwyczajem
Zabłądził? Co się stało ?
Tir sakwę mu przejechał
I nic z niej nie zostało.

Wszystko, co było w środku,
Utracił, rozjechane,
zmiażdżone pod kołami
wozu, zmasakrowane.

Sebastian wzrok zamglony
Ma i nietęgą minę.
Widać, że długo będzie
Pamiętać tę godzinę.

Ruszajmy ! Już najwyższy
Czas. Ściemniać się zaczyna.
Czemu wciąż musi padać ?
Gdzie tego tkwi przyczyna ?

O ranku w Balmacara
Spędzonym mówić szkoda,
Bowiem już chyba wszystkich
Zmęczyła ta pogoda.

Co za dnia moknąć każe,
W noc wyspać się nie daje.
„Następnym razem lepiej
Odwiedźmy ciepłe kraje…”

Mówili… narzekali,
Że dosyć tego mają
I tak naprawdę Szkocji
W ogóle nie kochają…

Każdego dnia pytania
Ze strachem zadawali:
Co dziś nam się przytrafi ?
Co znowu nam nawali ?

Po dwóch dniach wbrew obawom
Byli już nad jeziorem
Co zwie się Ness. Gotowi,
By spotkać się z potworem.

Lecz ten się nie pokazał…
Wiec chociaż żałowali
Spotkania z nim, nazajutrz
Do Inverness wjechali.

W siódemkę. Adam z Ewą
Wcześniej ich opuścili,
By na prom zdążyć, zresztą
Niemal w ostatniej chwili.

W Inverness był dzień wolny
Od jazdy, wiec niektórzy
Zwiedzali miasto. Inni,
Miast spocząć po podróży

Jeździli, okoliczne
Zamczyska oglądali,
Megalitycznym kręgom
Z bliska się przyglądali.

A miasto warte było
Odwiedzin. Niech żałują
Ci, co go nie widzieli,
I w brodę sobie plują.

Ruszyli w drogę. Paweł
Jak zwykle jest na przedzie
Z Moniką. A za nimi
Reszta gromadki jedzie.

Pogoda wymarzona,
Jakiej nie mieli jeszcze:
Wiatr ucichł, świeci słońce,
Przestały padać deszcze.

Jadą więc szybko. Nagle
Ostry zjazd, zakręt w prawo,
Piasek i znowu w dół,
I w lewo, byle żwawo

Przez most, co nad przepaścią
Rozpięty jest. Zwolnili
Wszyscy prócz Marka. Z trudem
Zakręt ów wyrobili.

Wtem krzyk ! To ktoś w dół leci !
Tak, odgłos uderzenia
Słychać. Trzask, potem długa
Cisza. To nie złudzenia !

Nie ma go ! Zniknął ! Tylko
Nikły ślad hamowania
Na drodze został… Zaraz…
Zaraz, tu mamy drania !

Pośród chaszczy i pokrzyw
Marek z rowerem stoi.
Rusza się, czyli żyje !
Tak, nawet się gramoli

Do góry ! Buta szuka
Nasz lotnik ! Wyciągnęli
Go siłą. Jeszcze wszystko
Raz jeden obejrzeli.

Z jeźdźcem wszystko w porządku,
Rower nie do naprawy.
Może choć go na części
Rozkręcić dla zabawy ?

Rowerów sześć zostało
Teraz. Sześciu kolarzy
Ostrożnie jedzie. Może
Nic już się nie wydarzy ?

A droga była taka,
iż czasem zazdrościli
Markowi. To, że wtedy
Nie oni się rozbili,

Nie jadą samochodem,
Rower prowadzić muszą
Pod górę, zanim z piskiem
hamulców w dół z niej ruszą.

Wieczorem z kaskaderem
pod zamkiem się spotkali.
W jego ruinach nocą
Przy lampie wieczerzali
.

I dalej na południe…
Balmoral. Tu Królowa
Wakacje spędza. Pałac
W gęstwinie drzew się chowa.

Za Braemar, nad potokiem
O lodowatej wodzie
Rozbili się, gdy dawno
było już po zachodzie

Słońca. A rano dalej
W górę, na „Łokieć Czarci”…
Nikt się nie zatrzymuje,
pokażą, co są warci…

Przełęcz rychło zdobyta.
Trudu to kosztowało
Sporo. Lecz teraz na dół
Już będzie się jechało

Do Glamis. Tam w zamkowym
Parku przenocowali.
Nikt stąd ich nie wyganiał
Lecz dosyć wcześnie wstali

Aby Królowej Matki
Posiadłość zwiedzić sporą.
W dalszą podróż zabrali
Się raczej późna porą.

Na wąskiej, wiejskiej drodze,
Całkiem niespodziewanie
Minęli się z Rolls Royce’m.
Niezwykłe to spotkanie

Właściwie nie zdziwiło
Ich. Zdjęcie więc zrobili.
Gnali dalej, nie tracąc
Zbytecznie ani chwili.

Lecz oto noc się zbliża,
Cel wciąż przed nimi stoi
Dojechać dziś do Stirling.
Paru się jechać boi

Drogą szybkiego ruchu.
Lecz nic to, że strach w oczy
Zagląda. Wyjścia nie ma !
Zmierzch coraz szybciej kroczy,

Już noc. Jakiś samochód
Z piskiem się zatrzymuje
Przed nimi. I pobladły
Pan z niego wyskakuje.

Pyta się, czyśmy cali ?
Czy nam się nic nie stało ?
- Potrącił Sebastiana
Lusterkiem. Brakowało

Zaledwie centymetrów…
Więc trzęsą mu się dłonie
Gdy chwyta nas za ręce.
Twarz jego we łzach tonie.

Sebastian milczy. Usta
Kurczowo zaciśnięte.
Ta bladość lica. Nerwy
Do granic swych napięte.

Ruszyli znów. Po cichu
Na kamping zajechali,
Rozbili się pod płotem
Lecz wcześniej – wykąpali.

Do Edynburga przez most
Nad rzeką Forth wjechali.
Na ostatnim kampingu
Płacąc majątkiem spali.

Potem tylko zwiedzanie.
Bazę na dworcu mają,
W systemie dwugodzinnym
Stolicę oglądają.

Miasto to im niezwykle
Wszystkim się podobało.
To, że już muszą wracać
naprawdę ich bolało.

Zostańmy jeszcze dwa dni,
Dzień chociaż ? Nie da rady !
Już jutro odjazd. Takie
Żelazne są zasady.

Ach, noc ta w Edynburgu
Ostatnia. Gdy znużeni
W arkadach Parlamentu
Spali, opatuleni

W śpiwory. Rano jeszcze
Stary zamek zwiedzili
I dalej na południe
Do Newcastle podążyli.

Angielską już granicę
Minęli. To wyprawy
Koniec tu będzie. Teraz
Do Tynemouth, do przeprawy.

Choć dni kilka minęło
Jeszcze, nim powrócili
Do domu, to legendę
Wyprawy swej stworzyli

Myśląc wciąż o niej, mówiąc
I ciesząc się wspomnieniem…
A Szkocja ciągle żyje
W nich - marzeń jest spełnieniem…

Szczecin, 5. stycznia 1999 r.