|
|
|
Spis treści: Rozdział I
Dzień 1.
Dzień 2.
Dzień 3.
Dzień 4.
Rozdział II
Dzień 5.
Dzień 6.
Dzień 7.
Dzień 8.
Dzień 9. Rozdział III Dzień 10. Dzień 11. Dzień 12. Dzień 13. Dzień 14. Rozdział IV Dzień 15. Dzień 16. Dzień 17. Dzień 18. Dzień 19. Rozdział V Dzień 20. Dzień 21. Dzień 22. Dzień 23. Dzień 24. Dzień 25. Rozdział VI Dzień 26. Dzień 27. Dzień 28. Dzień 29. Dzień 30. Rozdział VII Dni 31-36 |
![]() Rowerowa Wyprawa
|
|||||||||||
Dzień PiątyBrzeg Anglii ujrzeliśmy tuż po świcie. Spowity mgłą sprawiał niesamowite wrażenie, spotęgowane faktem iż dla większości z nas była to pierwsza wizyta w Wielkiej Brytanii. Wypełniliśmy karty informacyjne, założyliśmy nasze wyprawowe koszulki i drżąc z podniecenia zjechaliśmy na ląd.
Na szczęście wjazd na teren Zjednoczonego Królestwa okazał się całkowicie bezproblemowy. Wbrew naszym wcześniejszym obawom oficer emigracyjny nie stwarzał żadnych przeszkód i po wbiciu pieczątek powiedział tylko "Take care", machając nam na pożegnanie. Ruszyliśmy z kopyta. Tak rozpoczęła się włąściwa część naszej wielkiej wyprawy. Byliśmy w Newcastle.
Największe miasto północnej Anglii powitało nas tak, jak się spodziewaliśmy czyli silnym wiatrem i wiszącą tuż nad nami grubą warstwą chmur. Później od czasu do czasu wyglądało słoneczko, generalnie jednak przyszło nam trochę pomarznąć.
W Newcastle zrobiliśmy duże zakupy zaopatrując się w sklepie sieci KWIKSAVE, taniej a jednocześnie bardzo solidnej. Po konsumpcji nabytych właśnie artykułów ruszyliśmy w kierunku centrum. Trzeba zaznaczyć, że również tutaj terminal znajduje się poza miastem, tak więc dojazd do centrum zajął nam prawie godzinę. Wyjazd z miasta był prawdziwą udręką. Wlekliśmy się ponad godzinę wielopasmówką wśród wrogo nastawionych tubylców, marząc o zjeździe na jakąś mniej uczęszczaną drogę. W końcu stało się i skręciliśmy na drogę klasy B, czyli chybą najmniej ważną w ich hierarchii. Była to droga, wzdłuż której biegł Mur Hadriana. Nam może się to wydawać śmieszne, jednak Rzymianie wybudowali ten mur by uchronić się przed atakami ludów północnej Brytanii, przodków naszych dzielnych Szkotów. Niestety z muru zostało już niewiele, prawdopodobnie rozebrali go miejscowi wieśniacy budując sobie kamienne "płoty" pomiędzy polami. Tak naprawdę poza tym niewiele jest już pozostałości świadczących o tym, iż mur niegdyś się tu znajdował. Natomiast okolica, którą jechaliśmy sprawiała wrażenie jakby chciała nam udowodnić, że wszystkie stereotypy jakie od lat pielęgnujemy myśląc o Anglii są czystą prawdą. A więc bezkresne pola, wszędzie pasące się krowy i owce, równo przystrzyżone przed nielicznymi domami trawniki. I jeszcze ta angielska pogoda. Dobrze chociaż, że tą stosunkowo monotonną trasę urozmaicały co jakiś czas strome zjazdy. Na jednym z nich padł od razu rekord prędkości na naszej wyprawie: 71 km/h w wykonaniu Adama.
Nocleg znależliśmy na kawałku łąki przed domem starszego pana, który natychmiast zyskał między nami miano "Lorda". Wysoki mężczyzna w sile wieku, z dwoma myśliwskimi psami, laseczką i lornetką był również swoistą kwintesencją angielskości. Tak więc już pierwszą noc na brytyjskiej ziemi spędziliśmy u Lorda, a że mieszkał on na wzgórzu mieliśmy widok na spory kawałek starej, dobrej Anglii. Dzień SzóstyRano zebraliśmy się najszybciej, jak to było możliwe. Po pierwsze nie chcieliśmy nadużywać cierpliwości właściciela, a po drugie mieliśmy już spore opóźnienie w porównaniu z tym co było założone w planie. Kilkaset metrów od naszego obozowiska znajdowały się poza tym ruiny fortu rzymskiego, które większość z nas miała ochotę zwiedzić. I warto było, ponieważ Fort Chesters okazał się być prawdziwą kopalnią wiedzy na temat stacjonujących niegdyś w Wielkiej Brytanii Rzymianach. A więc polecamy!
Reszta dnia upłynęła nam na zmaganiach z pogodą. Skłonny jestem twierdzić, że niejednokrotnie w listopadzie jest u nas dużo lepsza pogoda niż tego lipcowego dnia w Anglii. Lodowaty, przeciwny wiatr połączony ze straszną ulewą spowodował, że jechaliśmy chyba 10 km/h robiąc przerwy co 10 minut. Przy tym pamiętać należy, że tam nie ma lasów, a my jechaliśmy na dodatek boczną drogą prowadzącą wierzchołkami wzgórz. W tym momencie stało się jasne, że konieczna jest korekta naszych planów ponieważ w tych warunkach po dwóch dniach mieliśmy jakieś 100 km opóźnienia. Pod koniec dnia na szczęście niespodziewanie się rozpogodziło i postanowiliśmy jechać aż do zmroku. Dojechaliśmy do Longtown gdzie czekał na nas wspaniały camping. Był pusty i praktycznie do swojej dyspozycji dostaliśmy łazienki i kuchnię. A jeszcze okazało się, że żona szefa ma ojca Polaka i dodatkowo dostaliśmy w prezencie pyszną rybkę i ciasto. Dzień Siódmy
Dzień zapowiadał się nieźle. Pogoda była prawie bezchmurna, a szef policzył za pole najniżej jak mógł:ok. Ł3,00 za namiot. Jakby tego było mało dowiedzieliśmy się, iż Sebastian jest już w Newcastle. Umówiliśmy się z nim pod zamkiem Drumlanrig, do którego mieliśmy zamiar dojechać, a jako termin awaryjny wyznaczyliśmy Glasgow dwa dni później . Zaraz po wyruszeniu mieliśmy małą uroczystość - przekroczyliśmy (oczywiście umowną) granicę pomiędzy Anglią, a Szkocją. Na granicy znajduję się dość znana wieś o nazwie Gretna Green. To właśnie tutaj uciekali kiedyś z Anglii kochankowie żeby wziąć ślub ponieważ szkockie prawo było w tym względzie dużo bardziej liberalne. Obecnie jest to swoiste centrum folklorystyczne, nastawione na turystów. Tak naprawdę nie można tam znaleźć niczego ciekawego, chyba że trafi się akurat na tradycyjny szkocki ślub (młodzi ludzie wciąż chętnie się tam pobierają).
Następny etap wiódł do Ruthwell. Znajduje się tam niepozorny kościółek, który kryje w sobie niespodziankę. Jest to krzyż celtycki z VII wieku. Wielokrotnie rozbijany znalazł w końcu spokój w obrębie kościoła. Na kamiennym krzyżu znajdujemy inskrypcje runiczne i płaskożeźby starochrześcijańskie. Klucz do kościoła można wziąć od starszej pani w domku przy głównej szosie.
Po obejrzeniu krzyża przyszedł czasna główną atrakcję tego dnia, zamek Caelaverock. Urządziliśmy sobie w drodze do niego mały rajd ponieważ dochodziła już 18:00, a właśnie do tej godziny otwarty był zamek.Dojechaliśmy w ostatniej chwili i pani specjalnie dla nas poczekała jeszcze z zamknięciem bramy. Zamek był wspaniały. Majestatyczne ruiny położone na skraju parku krajobrazowego, otoczone w całości fosą robiły ogromne wrażenie.
Pod zamkiem spożyliśmy kolację, w dalszą drogę wygoniła nas niska temperatura. Naprawdę ciężko było uwierzyć, że w środku lipca przy bezchmurnym niebie może być tak zimno. Rekompensowały to nam z pewnością widoki. Jechaliśmy wzdłóż ujścia rzeki Nith przechodzącego potem w wielką zatokę. Gdy dodam, że nad nimi wznoszą się jeszcze pojedyncze szczyty gór macie obraz tych niesamowitości jakie widzieliśmy.
Tego dnia zdołaliśmy dojechać do Dumfries. Zakładaliśmy, że spać będziemy na campingu, jednak takowego nie znaleźliśmy. Rozłorzyliśmy się więc na łące jakiejś pani, oczywiście po uprzednim zapytaniu się o pozwolenie. Dzień Ósmy
Hmm... Tego dnia doszło do małej pomyłki jeśli chodzi o trasę, którą mieliśmy jechać. Nikt nie spojrzał na mapę ponieważ zasugerowaliśmy się znakami na Glasgow i Edynburg. Jakoś nikt nie pomyślał, że może być to jednak nie ta droga. No i pojechaliśmy na wschód zamiast na zachód. Na szczęście Paweł w końcu zorientował się do jakiej pomyłki doszło i ostatecznie nadłożyliśmy "tylko" 28 kilometrów. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Otóż pojechaliśmy skrótem, który prowadził na przełaj przez lasy i wzgórza. Widoki były wspaniałe, a na dodatek na koniec mieliśmy około pięciokilometrowy zjazd.
Wkrótce potem byliśmy pod zamkiem Drumlanrig, pod którym mieliśmy spotkać się z Sebastianem. Oczywiście już go tam nie było, nie było też od niego żadnej wiadomości. Obejrzeliśmy więc zamek z zewnątrz i pojechaliśmy dalej. Przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów i zdecydowaliśmy zatrzymać się na noc na przydrożnym parkingu bo przynajmniej była tam woda. Jak się potem okazało mieliśmy tam po raz pierwszy natknąć się na naszego największego wroga wśród mieszkańców Szkocji - MIDGES. Miliony przeklętych muszek prawie pożarły nas tam żywcem pokazując, że nasz pobyt w Brytanii "umilą" nam jak tylko będą mogły. Dzień Dziewiąty
Z samego rana podjechaliśmy kilka kilometrów do Sanquhar. Nie spodziewaliśmy się, że miasteczko kryje sporą atrakcję. Jest nią najstarszy w świecie, działający nieprzerwanie od 1712 roku urząd pocztowy. Poza tym w mieście pamiętają jeszcze Polaków, a na miejscowym cmentarzu znajduje się polska kwatera. W Sanquhar spotkaliśmy się po raz kolejny z wielką gościnnością Szkotów. Jakiś pan widząc nas, jedzących śniadanie pod dachem jakiegoś starego warsztatu samochodowego zaprosił nas do siebie do domu na pogawętkę częstując przy tym ciastkami i herbatą. W ogóle dzień ten obfitował w przyjemne akcenty. Gdy popołudniu dojechaliśmy cali zmoknięci do wioski Sorn zaproszono nas najpierw do zwiedzenia miejscowego kościółka, a potem na małą imprezę charytatywną odbywającą się właśnie w domu obok. Panie z okolicy upiekły ciasto, a pieniądze uzyskane ze sprzedaży przeznaczone być miały na jakiś zbożny cel. My skorzystliśmy częstując się pysznymi babeczkami. Do Glasgow dojechaliśmy około godziny 21:00. Nie znaleźliśmy zresztą campingu w samym mieście, a w Parku Rozrywki położonym pomiędzy Hamilton i Motherwell, satelickimi miasteczkami Glasgow. Odcinek przejechany tego dnia okazał się być najdłuższym na całej wyprawie: ok. 110 kilometrów. Po rozłożeniu namiotów czekał na nas jeszcze jeden obowiązek, a mianowicie odnalezienie Sebastiana. Tak więc Paweł z Radkiem pojechali (z rowerami ale pociągiem, by nie tracić czasu) do Glasgow. Właściwie ciężko było liczyć na to, że Sepciu jeszcze będzie czekał - w końcu umówiliśmy się z nim na 19:00, a na miejscu byliśmy o 23:00. Chcieliśmy mieć jednak spokojne sumienie więc pojechaliśmy. Sebastiana oczywiście nie było, trzeba więc było wracać. I to niestety rowerami ponieważ o tej porze pociągi już nie jeżdżą. No i Radek z Pawłem pojechali przez całe miasto. Miasto, które sprawiało straszne wrażenie, nieomalże jak z jakiegoś filmu science-fiction. Jakieś krzyki, para wdobywająca się ze studzienek, dziwaczni ludzie i ogromne, przesadziste kamienice. Na dodatek wszystko oświetlone strasznym żółtawym światłem. BRRR. Na szczęście chłopcy jakoś dojechali - drobne 28 kilometrów przez industrialne przedmieścia Glasgow o pierwszej w nocy. |
||||||||||||
|
|