HomePageCo to jest ARGO ?Linki do stron poświęconych rowerom i turystyceNapisz do nasStrona WebmasteraVersión españolaEnglish version

Spis treści:


Wstęp
Przygotowania

Rozdział I
Pas nadmorski

Dzień 1.
ze Szczecina
do Łobza

Dzień 2.
z Łobza
do Łazów

Dzień 3.
z Łazów
do Lubuczewa

Dzień 4.
z Lubuczewa
do Helu

Rozdział II
Klasztory i zamki

Dzień 5.
z Helu
do Wejherowa

Dzień 6.
z Wejherowa
do Pelplina

Dzień 7.
z Pelplina
do Malborka

Dzień 8.
z Malborka
do Ornety

Rozdział III
Warmia i Mazury

Dzień 9.
z Ornety
do Gierłoży

Dzień 10.
z Gierłoży
do Ełku

Dzień 11.
z Ełku
do Goniądza

Rozdział IV
Daleki Wschód

Dzień 12.
z Goniądza
do Krynek

Dzień 13.
z Krynek
do Hajnówki

Dzień 14.
z Hajnówki
do Wólki
Nosowskiej.


Rowerowa Wyprawa
Dookoła Polski

Cofnij  Dalej


Dzień Piąty

Mapa dnia piategoDla niektórych rozpoczął się już przed 5.00 (właściwa godzina do oglądania wschodu słońca nad morzem, które, jak twierdzili Ci, co widzieli, wschodzić miało tego dnia na zachodzie !) Sam nic nie widziałem, bo spałem (aż do 7.00, bo potem miałem wątpliwą przyjemność centrowania mojego biednego koła w warunkach polowych).

Hel zwiedzaliśmy raczej z punktu widzenia wczasowicza, niźli turysty: plaża, kąpiel w morskich falach, lody, zakupy, telefon do domku. Nic dziwnego, że nim się obejrzeliśmy, było już po 14-tej i należało się szybko ewakuować, by nie nawalić z planem. Na domiar złego wkrótce zaczęło padać, na razie - przelotnie.

Rozewie

Rozewie - Latarnia

Na tym najbardziej na północ położonym skrawku naszego kraju znajduje się jedna z dwunastu polskich latarni morskich, w niej zaś - muzeum latarnictwa. Latarnia znajduje się ok. 0,5 km w bok od szosy nr 215, zaś zjazd do niej można rozpoznać jedynie po tablicy informującej o położonym w pobliżu zajeździe - barze. Wieża latarni o konstrukcji murowanej (dolne partie) i metalowej (wyższe piętra) znajduje się na wysokim i stromym cyplu, dzięki czemu wysokość światła nad wodą wynosi 75,2 m (rekord krajowy), przy wysokości samej budowli zaledwie 24,7 m. Światło rozewskiej latarni widoczne jest z odległości 23 nm (mil morskich), co plasuje ją pod tym względem również na pierwszym miejscu. Muzeum, raczej dosyć skromne, rozlokowane jest na czterech kondygnacjach latarni. Atrakcją może być też spacer po niższej galeryjce wokół wieży (górna ze względów bezpieczeństwa jest zamknięta), niestety z tej wysokości nie można mówić o rewelacyjnych widokach. Jednym słowem: jeżeli nie byliście nigdy w latarni morskiej - polecam, ale i tak zajrzyjcie do Niechorza w szczecińskiem (przy dobrej pogodzie można stamtąd zobaczyć Bornholm !).

Z Rozewia, poprzez Jastrzębią Górę, bocznymi drogami dojechaliśmy do drogi krajowej nr 27 Władysławowo - Reda) by następnie, przed Puckiem skręcić na Darzlubie.
Przy końcu wsi wybraliśmy drogę "na skróty", "przez las" - jak nam powiedzieli miejscowi. I faktycznie, zaraz skończył się asfalt i stanęliśmy w obliczu permanentnej drogi gruntowej, zagłębiającej się w zionące mrokiem ostępy. Niezrażeni kontynuowaliśmy naszą eskapadę trasą, która jak później obliczyłem, krótsza była o całe... 1000 metrów (czyli 1 km !). Niebawem znów pojawił się asfalt, zrazu w postaci wąskiaj ścierzynki, by co parę kilometrów rozszerzać się, tak że droga zaczęła wyglądać już "w miarę". Trzeba przyznać, że jazda po tej, jak się później okazało zamkniętej dla ruchu (szlaban !) drodze, była niezapomnianym przeżyciem. Pędziliśmy we trzech na złamanie karku 40 km/h po pełnej niesamowitych serpentyn, lekko opadającej drodze, w zapadających powoli ciemnościach i zaczynającej spowijać wszystko wokół mgle. Słychać było tylko jednostajny pomruk opon, trących bierznikami o asfalt i chrzęst łamanych po drodze gałęzi. Tak pokonaliśmy ok. 12 km.

Do Wejherowa dotarliśmy o zmroku i znaleźliśmy (zupełnie przypadkowo, bo, jak mówili mieszkańcy, pola namiotowego u nich nigdy nie było) nocleg na terenie jakiegoś pół-martwego ośrodka wczasowego ZHP. Po zapłaceniu składki na "cele statutowe" (wynoszącej 4 zł od osoby) pozwolono nam się rozbić. Do wymiany miałem kolejną szprychę w tylnym kole.


Dzień Szósty

Od rana padało. Nagłe załamanie pogody nastšpiło właśnie wtedy, gdy wszystko zdawało się nam układać. Jeden z trzech namiotów zaczął przeciekać. Czas mijał, gorzej być już nie mogło. Około 11-tej deszcz, zrazu ulewny, przerodził się w mrzawkę by następnie, koło południa, wreszcie ustąpić. Po dwugodzinnym suszeniu namiotów, zapakowaniu mokrych rzeczy na rowery i... zmianie trasy (mieliśmy jechać przez Kartuzy i Zamek Kiszewski), udaliśmy się jak niepyszni na stację kolejową, zaliczając po drodze remontowaną starówkę Wejherowa. Było już po trzeciej. Jechaliśmy do Gdańska.

Mapa dnia szóstego

A w Gdańsku obchody millenium. I jak zwykle tłumy, których nienawidzę. Przelotem zajrzeliśmy na Główne Miasto, gdzie ubrani w rogatywki (sic!) funkcjonariusze Straży Miejskiej rozkazali nam zsiąść z rowerów. Parę zdjęć i znowu do pociągu (w końcu trzeba się trzymać "planu" i być na wieczór w Pelplinie). Tak dotarliśmy do Tczewa. Minęła dwudziesta.

W Tczewie pobłąkaliśmy się trochę po mieście, zrobiliśmy skromne zakupy i ruszyliśmy drogą krajową nr 1 ku Pelplinowi. Po drodze zdążyliśmy jeszcze zauważyć budynek pierwszej polskiej wyższej szkoły morskiej (przeniesionej później do Gdyni), w którym obecnie mieści się muzeum polskiego szkolnictwa morskiego. Za Czarlinem skręciliśmy na drogę nr 230 i jak zwykle przed 11-tą dojechaliśmy do celu. Zaczęło się szukanie noclegu. Przy wjeździe do miasta znaleźliśmy coś w rodzaju internatu, prowadzonego przez Caritas. Niestety, zabrakło dla nas miejsca. Ostatecznie wylądowaliśmy w jakiejś szkole podstawowej, gdzie zakwaterowani byli studenci geodezji odbywający w Pelplinie letnie praktyki. Przyjęto nas gościnnie i... za darmo. Nocowaliśmy w świetlicy (z telewizorem - niestety, jak zwykle nic ciekawego do oglądania nie było), po podłodze maszerowały mrówki a my, suszšc pranie, cieszyliśmy się, że znów mamy dach nad głową.


Dzień Siódmy

Pelplin

Najwartościowszym zabytkiem jest bez wątpienia pelplińska katedra, gotycka, z późnorenesansowym ołtarzem głównym i bogatym wystrojem wnętrza. Obok znajdują się zabudowania dawnego klasztoru Cystersów. Warto odszukać także, znajdujące się nieco na uboczu, muzeum katedralne ze wspaniałą kolekcją przedmiotów liturgicznych a także egzemprarzem Bibli, drukowanej w pracowni Gutenberga.

Mapa dnia siodmego

Gniew
No i przymknęli nas...

Z Pelplina udaliśmy się najkrótszą drogą do krzyżackiego zamku w Gniewie. Budowla ta, utrzymana w stylu surowego gotyku, świetnie wykorzystywana jest jako tło do organizowanych tutaj często turniejów i zabaw rycerskich. W dniu, w którym zawitaliśmy na gniewski zamek, odbywał się na przykład turniej kuszniczy, a wieczorem można było uczestniczyć, w odpowiednich strojach, w średniowiecznej uczcie.

Zamek w Gniewie jest cały czas w odbudowie. Zmieniony na magazyn, spalony w pożarze w latach 20-tych naszego wieku, powoli wraca do dawnej świetności. Jednak do dzisiaj większość zamkowych pomieszczeń jest zrujnowanych, pozbawionych stropów i straszących pustymi oczodołami okien. Może właśnie dla tego zwiedzanie zamku dozwolone jest tylko z przewodnikiem. Dzięki przewodnikowi dowiedzieliśmy się jednak, że na przykład ceglano-betonowy budynek stojący na terenie niegdysiejszego podzamcza to oryginalny pałac królowej Marysieńki (na nasze protesty, że powinien chyba być w stylu barokowym, nie późnosocjalistycznym, zareagowano z oburzeniem ale i przyznano, że pałac tu faktycznie kiedyś stał, ale został zburzony !).


Gniew
Na zamku w Gniewie spotkać można prawdziwego komtura

Podobnie ciekawe były objaśnienia, że wystawiony w gablotce szkielet należał do osoby "zabitej tą oto kulą armatnią" (tu przewodniczka wskazała palcem na odpowiedni eksponat) albo życiorys obecnego kustosza muzeum zamkowego ("Pana Kasztelana"), co krok przypominany gromadce lekko już zdezorientowanych turystów. Pomimo jednak tych drobnych mankamentów wydaje mi się, że zapał i zaangażowanie ludzi - entuzjastów tego pięknego zabytku, godne jest odwiedzenia gniewskiej warowni. Ja na pewno zajrzę tu ponownie !

Prom
Tak mustrowaliśmy na prom

Z Gniewa, bocznymi drogami, skierowaliśmy się ku odległej o ok. 15 km przeprawie promowej przez Wisłę w pobliżu miejscowości Opalenie, by po pokonaniu następnych 5 km zjawić się pod potężnymi murami zamku w Kwidzyniu. Niestety, jak to zwykle w czasie naszej wycieczki bywało, muzeum było już zamknięte, więc pozostało nam jedynie zajrzenie na krótką chwilę do czynnego kościoła zamkowego. Zamek jest niezwykle interesującą budowlą z charakterystycznym gdaniskiem (wieżą ustępową), wysuniętym daleko poza mury warowni. Zarówno z oddali, jak i z bliska robi imponujące wrażenie. Bardzo żałuję, że tym razem mogliśmy podziwiać go jednynie z zewnątrz, a i to, wobec zbliżającej się gwałtownej ulewy, musieliśmy skrócić do niezbędnego minimum.

Deszcz padał nieprzerwanie przez następne 3 godziny, które spędziliśmy w barze dworcowym, by następnie, nie ryzykując dalszego przemoczenia i chcąc zdążyć na widowisko "światło i dżwięk" na zamku w Malborku, asekurancko wsiąść do pociągu jadącego do dawnej stolicy Zakonu.

Malbork

O Malborku można by dużo opowiadać (największy i najwspanialszy zamek gotycki w Europie (a co za tym idzie i w Świecie - bez urazy dla zamków krzyżowców w Ziemi Świętej), ja jednak ograniczę się jedynie do kilku informacji. Zamek czynny jest codziennie, także w poniedziałki (!), zaś wieczorne widowiska zaczynają się latem od godz. 22.OO (w lipcu) i 21.00 (w sierpniu). I tutaj mała uwaga: od tych ładnych paru lat organizowania spektakli "światło i dźwięk" (a byłem w Malborku pierwszy raz chyba 10 lat temu), możnaby chociaż trochę zmienić i unowocześnić całą zabawę. Po pierwsze jest już trochę przestarzała ideologicznie (oparto ją o "odwieczny" konflikt słowiańsko-germański a wypowiedzi "Jagiełły" przypominają czasy czerwonych towarzyszy). Po drugie przez ostatnie dziesięciolecia technika poszła trochę jednak na przód i nie każdego już zachwycą puszczane z magnetofonu głosy p.p. Fronczewskiego i Olbrychskiego, ilustrowane nagłymi błyskami reflektorów lub wolno zapalanymi i gaszonymi światłami w zamkowych komnatach.

Nocleg zafundowaliśmy sobie na całkiem niezłym kampingu o przyzwoitym standardzie (przed zamkiem i otaczającą go fosą w postaci pachnącej inaczej rzeczki, jadąc od strony miasta skręcić w prawo, minąć wiadukt kolejowy i jakieś 200 m po prawej stronie).


Dzień Ósmy

Mapa dnia osmego

Właściwie to był najdziwniejszy dzień naszej wyprawy. Wszystko zaczęło się od tego, że kilkanaście kilometrów za Malborkiem, gdzieś pomiędzy Tropami Sztumskimi a Dzierzgoniem, w do końca nie wyjaśnionych okolicznościach nasza koleżanka nieszczęśliwie wywróciła się na rowerze. Nie zauważywszy tego, trzy osoby jadące z przodu nie zatrzymały się i szybko zniknęły nam z oczu. Wypadek był na tyle groźny, że wezwaliśmy (przez radio, bo telefony w pobliskiej wiosze nie działały) pogotowie. Kolega - student medycyny - zabrał się z nimi do szpitala a my, pozostali, czekaliśmy na ich powrót w niewesołych nastrojach. Ironią losu było to, że poszkodowana dziewczyna dosłownie 5 minut wcześniej pochwaliła się nam znalezieniem czterolistnej koniczyny, powszechnie uznawanej raczej za symbol szczęścia (no i PSL, rzecz jasna). Po czterech godzinach znowu jednak byliśmy w komplecie, a właściwie nie, bo wspomniana wcześniej "awangarda" gdzieś przepadła. Jak się później okazało, po jakimś czasie zawrócili i szukali nas, ale w swych poszukiwaniach nie cofnęli się na tyle, by nas dostrzec i uznali, że lepiej znając drogę pojechaliśmy jakąś inną trasą i ich, biednych i zagubionych, zostawiliśmy. Od tego momentu my, domyślając się częściowo prawdy, goniliśmy ich (słowa podziwu dla Ewy, która pomimo bolesnych obrażeń sama dyktowała tempo naszego "pościgu"), zaś oni co sił w nogach starali się "dogonić" nas (i tym samym stale nas wyprzedzali). Tak było aż do wieczora, ale o tym za chwilę.

Po drodze pytaliśmy się ludzi, czy widzieli już podobną do naszej, grupkę objuczonych rowerzystów, i za każdym razem otrzymywaliśmy uspokajającą odpowiedź, że tak, jechali, byli dwie godziny temu, pytali się o nas.

Podobnie było w Pasłeku, gdzie zatrzymaliśmy się koło zamku - siedziby władz miejskich, gdzie poczęstowano nas gorącą herbatą. Około 20-tej ruszyliśmy na ostatni, ponad trzydziestokilometrowy odcinek drogi do Ornety. Do miasta dotarliśmy kwadrans po 22 i rozpoczęliśmy poszukiwania "straży przedniej". Zguba znalazła się w położonym blisko dworca kolejowego hotelu - internacie. Po wyjaśnieniu stanowisk wszyscy bardzo ucieszyliśmy się, że znów jesteśmy razem. Koniczynka przynosi jednak szczęście, co nie ?

Cofnij  Dalej


TOP
Wstęp.Przygotowania Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV