Wstęp
Pomysł zorganizowania rowerowej wyprawy dookoła Polski, bo o niej traktuje niniejsza strona, narodził się w naszych, wówczas licealistów głowach, gdzieś w drugiej klasie szkoły średniej. Choć nie zrealizowaliśmy wówczas tego planu, myśl o nim ciągle jakoś wałęsała się w naszych umysłach i, co może wydać się nieprawdopodobne, w dwa lata po zdaniu matury przystąpiliśmy do jego wykonania.

Przygotowania
Chociaż idea Tour de Pologne, jak zaczeliśmy nazywać naszą wyprawę, znana już była od dłuższego czasu szerokiemu kręgowi potencjalnych uczestników, w stadium organizacji weszliśmy na przełomie maja i czerwca 1997 roku. W wąskim gronie inicjatorów naszego tripu dojrzewał powoli plan wyprawy.
Najważniejsze było opracowanie wystarczająco atrakcyjnej i jednocześnie optymalnej czasowo trasy, którą każdy z uczestników byłby w stanie pokonać. Zakładaliśmy, że grupa nasza liczyć będzie ok. 10-15 (sic!) osób - tyle mniej więcej wyraziło żywe zainteresowanie naszym pomysłem - i trwać będzie ok. 30 dni, tj. od 30. czerwca do 29 lipca 1997 r. W celu usprawnienia prac powołaliśmy 4-osobowy komitet organizacyjny, który z miejsca przystąpił do działań planistyczno-logistycznych.
W ich efekcie powstała w miarę ostateczna trasa, licząca ca. 2600 km. ze średnią dniówką coś około 87 km. Nie omieszkaliśmy również wystosować listu do Pana Prezydenta Miasta Szczecina z ofertą współpracy w promowaniu regionu szczecińskiego w zamian za pomoc organizatorską. Oferta ta pozostała jednak bez echa.
Ostatecznie na szaleńczy wyjazd zdecydowało sie 7 osób, pochodzących z najróżniejszych regionów kraju, studiujących w kilku ośrodkach uniwersyteckich. Dwie z nich miały dołączyć dopiero czwartego dnia, w Helu (dlatego też pierwsze dni wyprawy przypominały miejscami wyścig z czasem).
Przygotowania zaczęły nabierać tempa jeszcze w czasie letniej sesji egzaminacyjnej. Każdy z uczestników dysponował już w tym czasie jakimś środkiem transportu (6 rowerów górskich, jeden trekkingowy), mieliśmy też do dyspozycji trzy namiotyt typu iglo. Wystarczyło dokupić po jednej turystycznej butli gazowej w rodzaju "Camping Gas CV 470" na osobę (było to aż nadto, ale woleliśmy wziąć więcej na wszelki wypadek) oraz palnik, zaopatrzyć się w niezbędne części zamienne do rowerów (szczególnie obawiałem się o szprychy, których rok wcześniej we Francji wymieniłem chyba z tuzin), zgromadzić odpowiednią ilość filmów. Cały bagaż umieściliśmy w sakwach, przytroczonych do naszych wehikułów. Pozostawało czekać na wyznaczoną godzinę wyjazdu, licząc, że niebo okaże się dla nas łaskawe i nie będzie kapać nam na głowy. Jak złudne będą nasze obliczenia, okazać się miało już niebawem...
Dalej