Dzień Dziewiętnasty
Od samego rana przygladalismy sie z zainteresowaniem rosnacym przy drodze drzewom z czerwonymi, najwyrazniej obdartymi z kory, pniami. Domyslom naszym nie bylo konca - zwierzeta, wandale? Tajemnice wyjasniono nam dopiero pózniej, otóz tak wlasnie wygladaja "po zbiorach" drzewa korkowe.
Drzewa korkowe
Jeszcze przed poludniem dojechalismy do Talavery. Miasto, slynne ze swojej ceramiki, nie zachwycilo wiec po zrobieniu zakupów udalismy sie w kierunku Toledo. Wlasciwie... to tak nam sie tylko wydawalo. Przeklete, beznadziejne drogowskazy hiszpanskie znowu wprowadzily nas w blad i gdy sie juz zorientowalismy co jest grane musielismy cofnac sie spory kawalek. A ze chcielismy pojechac na skróty wpakowalismy sie w jakas polna droge, po której nie dalo sie jechac z bagazami szybciej niz 5 km/h. Jakby tego bylo malo, pekla linka w przednim hamulcu roweru Pawla. Gdy jednak dotarlismy do szosy prowadzacej do Toledo na naszych buzkach ukazaly sie usmiechy z tych od ucha do ucha. Mielismy przed soba odcinek 15 kilometrów idealnie prostej, plaskiej jak stól drogi. Nic wiec dziwnego, ze przez te kilkanascie kilometrów jechalismy stalym tempem 32 - 34 km/h. Jedyna przerwe zorganizowalismy na ochlodzenie sie pod sikawka spryskujaca pole i na... zerwanie kisci winogron z rosnacych przy drodze krzaków.
Po tym rajdzie dziewczeta opadly nieco z sil, a i chlopaki wygladali na kompletnie usmazonych. Wszystko to spowodowalo dosc dlugi postój we wsi o smacznej nazwie Karp z rzeki Tag gdzie skonsumowalismy oczywiscie piwko z tapas i po wodnym lodzie. Rozsiadlszy sie wygodnie w klimatyzowanym barze balismy sie po prostu wyjsc na dwór nie wspominajac nawet o dalszym pedalowaniu. W sloncu temperatura z pewnoscia przekraczala 50 stopni i jazda byla prawdziwa katorga. Dlatego tez po dojechaniu do miejscowosci La Puebla de Montalbán i spojrzeniu na mape, która wyraznie pokazywala, ze jest to ostatnie siedlisko ludzkie przed oddalonym o 31 km Toledo, zdecydowalismy sie na dluga sjeste. Rozlozeni, jakze by inaczej, w cieniu kosciola przespalismy 2 godziny, po których z trudem ruszylismy w dalsza droge. Niestety nie byla juz ona prosta, wprost przeciwnie, skladala sie wylacznie ze zjazdów i podjazdów na spore wzgórza.
Gdy do Toledo zostalo juz tylko 11 km nagle zeszlo powietrze w tylnim kole Pawlowego Treka. Okazalo sie, ze bijaca od dluzszego czasu felga w koncu pekla tnac przy okazji detke. Ponizsze zdjecie, a szczególnie znak, nie wymagaja chyba zadnego komentarza.
Na szczescie pomyslowosc Adama zwyciezyla skutki bezmyslnosci Pawla i za pomoca kawalka starej detki odizolowalismy ostra krawedz od zaklejonej juz detki. Przeladowujac co sie da na pozostale trzy rowery ruszylismy. Oczywiste jest, ze nie bylo mowy o zalozeniu tylnego hamulca, a to oznaczalo jedno - co najmniej 11 km do miasta bez hamulców. Zapewniam, kocham najdziksze zjazdy. Jednak gdy rozpedzalem sie stojac na pedalach (odciazanie tylnego kola) do ok. 50 km/h zjezdzajac z górek, majac swiadomosc ze zwolnic moge co najwyzej trac butem o asfalt i ze w kazdej chwili felerna detka znow moze zostac przecieta, bylo mi momentami zimnawo. Jednak dzieki wrodzonemu szczesciu i tzw. palcowi Bozemu dotarlismy szczesliwie na camping pod miastem, gdzie przy wejsciu Monika spotkala... znajomego ze studiów. Nie da sie ukryc, ze Hiszpania to dziura gdzie wszyscy sie znaja i spotykaja. A jakby tego bylo malo to okazalo sie, ze w namiocie który stal obok naszego nocowaly Polki.
Wieczorem udalismy sie na przejazdzke do miasta. Zwiedzilismy oczywiscie jego stara czesc, calkowicie odizolowana od nowej. Napilismy sie piwa (tip: najtaniej wychodzi w McDonald's), wszamalismy lody i droga okrezna, po obwodnicy z której roztacza sie piekny widok na miasto udalismy sie na camping. Tutaj niestety Pawel stal sie ofiara swojej awarii i naprawde zmuszony byl czesto do hamowania butami, szczególnie tam gdzie bardzo ostre zjazdy konczyly sie rondami lub swiatlami. Ostatecznie, caly i zdrowy dotarl jednak na miejsce.
Dni Dwudziesty/Dwudziesty Pierwszy
Wiekszosc dnia spedzilismy ogladajac przepiekne Toledo, cieszac sie ostatnim praktycznie dniem prawdziwej wyprawy. Jako, ze byla to niedziela i nie bylo mozliwosci zakupu nowego kola, Pawel zmuszony zostal do powrotu do Barcelony pociagiem. Tak sie tez stalo, po 16 wsiadl do pociagu jadacego do dworca Chamartin w Madrycie, a reszta towarzystwa udala sie w tym samym kierunku razno pedalujac.
Nocleg znalezli po dluzszych poszukiwaniach i prosbach w jednej z podmadryckich wsi, Pawel zas przesiedzial i przelezal noc na dworcu. Tak sie zlozylo, ze wieczorem nie bylo juz wolnych kuszetek w pociagu do Barcelony i zmuszony byl do czekania na pierwsze ranne polaczenie w kierunku Katalonii.
Nastepny dzien to dla rowerzystów przebijanie sie do centrum Madrytu i zalatwianie tam ostatnich spraw w zwiazku ze skradzionym biletem powrotnym Kasi, a dla Pawla nudna jazda trzema pociagami do Barcelony.
Dzień Dwudziesty Drugi
Jako, ze pozostala trójka postanowila dostac sie z Madrytu do Barcelony autokarem, zajechali na miejsce zaledwie kilka godzin po dotarciu tam Pawla. To jest jednak jedna z zalet tego typu transportu w Hiszpanii - pomyslcie sami, jaki kierowca wsadzilby w Polsce trzy rowery i spory bagaz do autobusu PKS jadacego np. z Warszawy do Szczecina? Tam nie ma praktycznie zadnego problemu.
Reszta dnia to oczywiscie odpoczynek i ciag dalszy zwiedzania Barcelony. Wieczorem zas - mala pozegnalna balanga w knajpce z najlepsza Sangría - L'Ovella Negra.
Dzień Dwudziesty Trzeci
No i nadszedl ten najsmutniejszy dzien - pozegnanie z wakacjami, przygodami i przede wszystkim - z przyjaciólmi, Monika i Pawel zostali bowiem w Barcelonie. Kasia i Adam udali sie natomiast pociagiem do Figueras, skad autokarem pojechali do Mulhouse. Stamtad rowerami do Strasburga, dalej do Karlsruhe, a nastepnie pociagiem prosto do Szczecina. Jeszcze tylko czekala ich przeprawa na granicy i... byli w domu.
A ja z nimi bylem, Sangríe i piwo pilem.
Co zas tam widzialem, wam opowiedzialem.
KONIEC
Cofnij