HomePageCo to jest ARGO ?Linki do stron poświęconych rowerom i turystyceNapisz do nasStrona WebmasteraVersión españolaEnglish version

Spis treści:


Tytułem wstępu

Rozdział I
Costa Brava i Costa Dorada

Dzień 1.
z Figueras
do Fornells de Mar

Dzień 2.
z Fornells de Mar
do Barcelony

Dzień 3.
Barcelona

Dzień 4.
Barcelona

Dzień 5.
z Barcelony
do Tarragony

Dzień 6.
z Tarragony
do Saragossy

Rozdział II
Dziedzictwo Hiszpanii

Dzień 7.
z Saragossy
do Atienza

Dzień 8.
z Atienza
do Siguero

Dzień 9.
z Siguero
do Segovii

Dzień 10.
z Segovii
do San Rafael

Dzień 11.
z San Rafael
do El Escorial

Dzień 12.
z El Escorial
do Avila

Dzień 13.
z Avila
do Casasola

Dzień 14.
z Casasola
do Salamanki

Rozdział III
Gory

Dzień 15.
z Salamanki
do San Domingo

Dzień 16.
z San Domingo
do Colmenar de Montemayor

Dzień 17.
z Colmenar de Montemayor
do Hoyos del Espino

Dzień 18.
z Hoyos del Espino
do Montesclaros

Rozdział IV
Od stolicy do stolicy

Dzień 19.
z Montesclaros
do Toledo

Dzień 20.
z Toledo
do Recas

Dzień 21.
z Recas
do Madrytu

Dzień 22.
z Madrytu
do Barcelony

Dzień 23.
z Barcelony
do Figueras


Rowerowa Wyprawa
Po Hiszpanii

Opis naszej trasy Skorowidz alfabetyczny nazw Galeria zdjęć z Hiszpanii Szczegółowe informacje dla podróżujących do Hiszpanii

Cofnij  Dalej


Dzień Piętnasty

Ranek przeznaczylismy na zwiedzanie Salamanki. Na pustych rowerach pomknelismy do centrum by zobaczyc miasto zanim na ulice wylegna tlumy turystów. Obejrzelismy chyba wszystko, co trzeba podczas pierwszej wizyty w tym uniwersyteckim miescie - katedre, uniwersytet i stare miasto. Ostatecznie udalo nam sie wrócic na camping na czas, spakowalismy sie i za plotem zjedlismy sniadanko.

Jak sie potem okazalo, tego dnia wybralismy sie w podróz przez cos co mozna by nazwac pustynia. Ogromne niezamieszkane tereny i ani skrawka cienia. Gdy po ok. 2 godzinach jazdy napotkalismy stojacy przy drodze samotny dom, bylismy wniebowzieci mogac schronic sie w cieniu rzucanym przez jego mury na ziemie i wypalona trawe. Dla osób, które wciaz nie zdaja sobie sprawy z tego jak silne jest slonce w Hiszpanii - chowaliscie sie kiedys w cieniu slupa wysokiego napiecia??!! My tak! Nawet pasek cienia o szerokosci kilku centymetrów byl momentami prawdziwa ulga.
Najbardziej irytujace bylo jednak czytanie mapy. Wyraznie zaznaczone lasy, w których spodziewalismy sie nieco odetchnac ostatecznie wygladaly tak:

Las

Hiszpanski las

Ciezko jest sie schronic w cieniu drzew rosnacych w takim lesie, tym bardziej ze byl on ogrodzony. Jechalismy wiec stawiajac sobie za cel widoczne w oddali góry i majac cicha nadzieje, ze jeszcze tamtego wieczora do nich dotrzemy. Jak sie okazalo potem do gór widocznych na zdjeciu dotarlismy dopiero po dwóch dniach, poniewaz wczesniej zboczylismy w kierunku innego masywu - Sierra de la Peña de Francia.

W drodze

Nasz cel - widoczne w oddali góry

Nocleg tego dnia znalezlismy dzieki pomocy mieszkanców jednej z wiosek przez która przejezdzalismy. Wskazali nam ustronne miejsce za domami gdzie w spokoju, rozbijajac oba namioty, spedzilismy noc.


Dzień Szesnasty

Wstalismy wczesnie i zeby sie nieco rozgrzac (bliskosc gór dawala sie odczuc w powietrzu) ruszylismy szybko do najblizszego wiekszego miasteczka. To byl wazny dzien, wieczorem odbywal sie mecz pilki noznej Polska - Hiszpania. Nie nalezy sie dziwic, ze mielismy wielka ochote spotkanie to zobaczyc.

Wczesniej czekala nas jednak ciezka przeprawa przez góry. Caly dzien jechalismy naprawde przepieknymi drogami, jednak prawie 10-cio kilometrowe wspinaczki studzily nieco nasz entuzjazm. Cale szczescie, ze okolica przez która przyszlo nam przejezdzac jest swoistym zaglebiem winnicowym. Kupilismy sobie oczywiscie w "bodedze" butelke pysznego winka, a potem... Cóz, moze nie nalezy sie przyznawac, ale udalismy sie na maly szaberek. Nie oceniajcie nas zle - na naszym miejscu, smazac sie w 40-sto stopniowym upale, kazdy kto zobaczylby nieogrodzona winnice, a na niej tysiace krzaków obwieszonych przepysznymi owocami, nie móglby sie powstrzymac. Winogrona byly przepyszne, zielone i granatowe, do wyboru, do koloru. Tak juz bylo przez caly dzien - gdy zaczynal doskwierac glód lub pragnienie, zatrzymywalismy sie i posilalismy zerwanymi z przydroznych krzaków owocami. Jedno jest pewne, tamtejsi panowie na pewno na naszym obiadku nie stracili za wiele. Dochody jakie czerpia z winnic rozlozonych na tak wielkich obszarach musza byc ogromne.

La Alberca

Typowy dom w La Alberca

Jak juz napisalem wczesniej droga wiodla przez malownicze tereny, wijac sie wsród okolicznych szczytów. Bylismy tez swiadkami prawdziwie zbawiennego dla nas fenomenu - dzieki temu, ze wjechalismy w góry calkowicie zmienila sie roslinnosc. Na przestrzeni ok 20 kilometrów zniknal calkiem pustynny klimat poprzedniego dnia - jechalismy wsrod zieleni, nie bylo tak strasznie goraco. Az trudno bylo uwierzyc, ze jeszcze wczoraj wydawalo sie nam, ze to okolice Sahary.

Tutaj chcialbym dorzucic jeszcze jedna mysl - wszyscy przeciwnicy wstepowania Polski do Unii Europejskiej powinni przejechac sie w odludne rejony Hiszpanii. Otóz wszedzie, nawet w miejscach gdzie samochodów jest naprawde niewiele, budowane lub remontowane sa drogi. I nie jest to bynajmniej zalewanie asfaltem dziur, inwestycje dokonywane tam sa naprawde inwestycjami na wielka skale. I przy kazdej takiej (wy)remontowanej drodze stoi tablica - koszt iles tam miliardów peset pokryty z dotacji UE. Adam, który na codzien jezdzi w Polsce samochodem naprawde duzo byl momentami zielony z zazdrosci patrzac jak wysoko w górach buduje sie szose o jakiej u nas mozna ewentualnie pomarzyc zeby polaczyla jakies duze miasta.

Wreszcie dojechalismy do La Alberca. Miasteczko rzeczywiscie okazalo sie byc tak interesujace jak podawal przewodnik, niestety az kipialo od turystów. Zapewne wspaniale poza sezonem miejsce teraz az odrzucalo, wszedzie tlumy i samochody zaparkowane gdzie sie tylko dalo.

Spedzilismy tam jednak z godzine podziwiajac stara zabudowe miasteczka, a potem ruszylismy w droge. Niestety przy ostatnim domu w rowerze Pawla dalo sie slyszec pssss i... konieczna byla przerwa na obiad. Schlodzilismy zakupione wczesniej wino i podjadlwszy zrobilismy sieste.

Zaraz po ruszeniu w dalsza droge padlismy ofiara pewnej charakterystycznej dla tego kraju rzeczy. Otóz o ile drogi sa naprawde swietne, to oznakowanie po prostu fatalne. Tak naprawde to z mapa czy bez, rzadko kiedy wiesz któredy i dokad jedziesz. Chcac pojechac najkrótsza droga po wspanialym kilkukilometrowym zjezdzie dotarlismy do jej niespodziwanego konca, o którym wczesniej nikt nie informowal. Bedac zmuszonymi do skorzystania z objazdu stracilismy mnóstwo czasu i sil. W koncu dotarlismy do Béjar, miasta, które jak sie pózniej dowiedzielismy jest jednym z osrodków kolarstwa szosowego w Hiszpanii. Wyjasnialo to obecnosc trenujacych kolarzy, których bardzo wielu widzielismy w okolicy. A poza tym tak sie zlozylo, ze dokladnie tymi samymi drogami prowadzil potem jeden z etapów Wyscigu Vuelta España '99. Jak widzicie nie szlismy (jechalismy?!) na latwizne i trase mielismy naprawde trudna.
A najciezej bylo juz wieczorem, gdy chcielismy dotrzec do jakiejs wsi, zeby móc obejrzec mecz. Na sam koniec dnia trafila sie nam wybitnie wredna przelecz, z gatunku tych co nigdy sie nie koncza. Wjazd na nia trwal chyba z póltorej godziny, ale uwienczony zostal sukcesem. Wpadlismy do wioskowego baru tuz po 20 wieczorem, akurat na mecz. Niestety nasi sukcesu nie odniesli i to Hiszpanie cieszyli sie ze zwyciestwa 2:1 swojej druzyny. Nam zostalo tylko poproszenie kogos o kawalek laczki i udanie sie na prawdziwie zasluzony odpoczynek.


Dzień Siedemnasty

Kolejny upalny dzien, w którym daly sie nam we znaki te wspaniale hiszpanskie drogi. Trafilismy niestety na rejon, w którym kladziony byl asfalt. Prazace slonce polaczone z rozpalona smola tworzylo mieszanke momentami nie do zniesienia. Cale szczescie, ze uksztaltowanie terenu generalnie sprzyjalo nam tego dnia. Szczególnie na poczatku dane nam bylo mknac z duza szybkoscia dzieki czemu moglismy zrobic potem dosc dlugi postój w El Barco de Ávila, w którym, ku naszemu zdziwieniu znalezlismy nawet zamek, nie zaznaczony na naszej mapie.

Tego dnia przez caly wlasciwie czas mielismy po prawej stronie lancuch górski o nazwie Sierra de Gredos, ten sam który od dwóch dni widzielismy na horyzoncie. Niepozornie wygladajace w sumie góry nie sa jednak byle pagórkami, szczyt w poblizu którego nocowalismy, Almanzor, ma wysokosc 2592 mnpm. czyli wiecej niz jakakolwiek góra w Polsce (najwyzszy szczyt Hiszpanii kontynentalnej to Mulhacén w Sierra Nevada - 3478 mnpm.). Jedynym godnym odnotowania wydarzeniem bylo tego dnia dosc znaczne wygiecie sie obreczy w tylnym kole roweru Pawla, zdarzenie które pociagnelo potem za soba dosc powazne konsekwencje.

W górach

Droga przez Sierra de Gredos

Noc spedzilismy na uroczym campingu Hoyos del Espino, usytuowanym w górskiej dolinie. Na to, ze jest to znane i lubiane miejsce wskazywala ilosc rozstawionych tam przyczep. Nie ulega watpliwosci, ze wiekszosc z przebywajacych tam ludzi spedzala na tym campingu cale swoje wakacje. My niestety nie moglismy zatrzymac sie na dluzej i nastepnego ranka ruszylismy w dalsza droge.


Dzień Osiemnasty

Wyruszylismy stosunkowo wczesnie poniewaz mapa wskazywala, iz za pare kilometrów wjedziemy na najwyzsza w czasie naszej wyprawy przelecz (ponad 1600 mnpm). Jakiez bylo nasze zdziwienie i rozczarowanie gdy na wzniesienie wjechalismy wlasciwie bez wysilku - przelecz okazala sie byc nijaka. Oczywiscie zatrzymalismy sie na chwile by spokojnie podelektowac sie panorama gór. Potem juz tylko 10 km w dol i dotarlismy do glównej drogi prowadzacej na poludnie. Czekala na nas nastepne przelecz, Puerto del Pico, 1352 mnpm. Gdy walczac z silnym wiatrem dotarlismy w koncu do tego miejsca zaparlo nam dech w piersiach. Znajdowalismy sie w miejscu jak gdyby wyrabanym w pasmie górskim, wokól wznosily sie szczyty o wys. ok. 2000 mnpm. Patrzac w kierunku poludniowym bylo zas widac... przestrzen. Fantastyczna panorama ciagnacej sie od podnóza gór równiny. Miejsce bylo tak wspaniale, ze spedzilismy tam ponad godzine, delektujac sie przy okazji przepyszna woda z tamtejszego zródla.

Przelecz Pico

Jest suuuuuuuuper!!!!

Tymczasem czekala juz na nas zasluzona nagroda. Ruszylismy, rozpedzilismy sie i... zatrzymalismy 15 kilometrów dalej oraz prawie 1000 metrów nizej. Genialny wprost zjazd (czyli jak to bysmy powiedzieli uzywajac naszego rowerowo-hiszpanskiego slangu: bajada de puta madre) wijacymi sie po zboczu serpentynami. Gdy w koncu przystanelismy by popatrzec za siebie zgodnie westchnelismy: dzieki Bogu, ze nie jedziemy w odwrotnym kierunku! Przy okazji rzucilismy jeszcze okiem na stojacy przy drodze zamek tworzacy niesamowity kontrast z okolica, w której go zbudowano -

Zamek Mombeltrán

Zamek w Mombeltrán

sredniowieczny zamek w takich górach i do tego otoczony palmami - naprawde egzotyczny obrazek dla przybysza z Polski.

Do konca dnia towarzyszyla nam powoli znikajaca za plecami panorama Sierra de Gredos, widok tak urzekajacy, ze nieomal doprowadzil do wypadku. Pawel nie mogac oderwac oczu od majestatycznych gór zagapil sie odrobine i... zjechal z szosy elegancka skarpa prosto do glebokiego na przynajmniej trzy, cztery metry rowu. Tylko niebywalemu szczesciu i pewnemu doswiadczeniu w wyprawianiu podobnych cudów na rowerze zawdziecza, ze sie nie wywrócil i nie zaryl zebami w swiezo skoszone zboze.

Niedlugo po tym "wesolym" wydarzeniu zjechalismy z glównej szosy i wyjatkowo wyboista (lecz najkrótsza) droga udalismy sie w kierunku Talavera de la Reina. We wsi, przez która przejechalismy zrobilismy sobie postój, przy okazji napelniajac butelki woda z kranu na srodku rynku oraz wyjadajac wszystkie wodne, wielosmakowe lody jakie byly w tamtejszym barze. Jeszcze tylko mala klótnia miedzy Adamem i Kasia, którzy zdecydowanie róznili sie pogladami na temat smaku zóltego i moglismy jechac.

Nocleg znalezlismy przy winnicy, pytajac uprzednio o zgode mieszkanców najblizszego domu. Na szaberek sie jednak nie udalismy poniewaz wieczorem przyjechal sasiad wlasciciela pola informujac nas, ze niedawno policja zamknela paru dobierajacych sie do owoców zlodzei. Nie chcac isc w ich slady powstrzymalismy sie od konsumpcji. Tej nocy mielismy za to fantastyczny koncert - natura spiewala i grala nam do snu tak glosno, ze przecietnemu mieszczuchowi ciezko jest sobie cos takiego nawet wyobrazic.

Cofnij  Dalej


TOP
Tytułem wstępu Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV