Dzień Jedenasty
Miejsce noclegu opuscilismy o 7 rano. Czekala nas na dobry poczatek wspinaczka na przelecz, byla to jednak dobra rozgrzewka poniewaz ranek w górach byl nadzwyczaj zimny. Po kilku kilometrach bylismy na górze, w miejscu przeciecia ogromnego masywu Sierra de Guadarrama. Czekala nas jednak nagroda. Za przelecza Lwów (wys. 1511 m) czekal nas osmiokilometrowy zjazd. Niezapomniane przezycie, pedzisz z ogromna predkoscia i w promieniach wschodzacego slonca widzisz w dole ogromne przestrzenie. Tam tez Pawel pobil rekord predkosci tej wyprawy, a przy okazji rekord zyciowy: 73,4 km/h. Jesli komus wydaje sie to niewiele niech sam spróbuje takiej zabawy na obladowanym rowerze, zapewniam - nie jest latwo.
Jechalismy tylko w czwórke, Pawel i Wioletta byli gdzies przed nami. Mielismy sie spotkac w El Escorial, a wiadomosc o tym przekazalismy im poprzedniego dnia wieczorem w dosc prosty sposób: napisalismy karteczke z informacja i poprosilismy kierowce, ktory zatrzymal sie na parkingu o wreczenie jej parze rowerzystów, których powinien napotkac za kilka kilometrów. Jak sie potem okazalo system zadzialal.
Wnetrze góry, w której pochowano gen. Franco
Przed Escorialem czekala nas jednak jeszcze jedna atrakcja - Valle de Los Caídos czyli Dolina Poleglych. Jest to prawdziwy pomnik geniuszu i okrucienstwa, wybudowane na górze sanktuarium bedace równoczesnie grobowcem generala Franco. Prowadzi do niego 6-cio kilometrowa droga wyrabana w lesie. Jest to jeden wielki meczacy podjazd, co jak stwierdzilismy bylo zamiarem generala - zanim dotrzesz do mojego grobu musisz swoje wycierpiec. W kazdym razie budowla robi kolosalne wrazenie, aczkolwiek sa to uczucia bardzo mieszane. Podziw i strach, jak mozna bylo jeszcze w XXw. nakazac budowle czegos takiego, pomnika który kosztowal zycie i zdrowie ogromnej ilosci ludzi?!
Do klasztoru w Escorialu dotarlismy bez problemu, z tym, ze Monika i Kasia zamiast zwiedzac zabytek udaly sie do Madrytu, by wyrobic w ambasadzie nowy paszport. W ten oto sposób pozostala czwórka spedzila caly dzien "byczac sie" w cieniu nielicznych drzew rosnacych wokól klasztoru, a biedne dziewczyny biegaly po stolicy zalatwiajac kasine sprawy. Pod wieczór nastapilo smutne pozegnanie, Pawel i Wioletta musieli wracac do domu wczesniej wiec odlaczyli sie od nas juz tego dnia, tak aby spokojnie dojechac do Madrytu i stamtad wrócic pociagiem do Figueras.
Gdy Kasia z Monika wrócily do Escorialu zaczynalo sie juz powoli sciemniac. Dlatego tez pokrecilismy sie troche szukajac noclegu w samym miescie, a gdy go nie znalezlismy, juz w zupelnych ciemnosciach wyjechalismy poza teren zabudowany gdzie schronilismy sie na... polu golfowym. Szkoda bylo wyjezdzac, bo akurat odbywala sie w miasteczku doroczna fiesta, ale cóz, bez noclegu marne byly widoki na dobra zabawe.
Dzień Dwunasty
Na wszelki wypadek, by nie draznic ewentualnych wlascicieli terenu, na którym przyszlo nam spac, wyruszylismy z samego rana. Niestety na poczatek czekaly na nas dwie spore przelecze, obie zreszta nawet nie zaznaczone na mapie. Dzieki temu, ze sie wspielismy mielismy jednak piekna panorame klasztoru w promieniach wschodzacego slonca. Po kilkunastu kilometrach zjechalismy z glownej drogi na sniadanko i przy okazji kapiel w strumieniu. Tam tez, dosc przypadkowo, zapadla decyzja dokad bedziemy jechac dalej. Po prostu z rozmowy z przygodnie spotkanym czlowiekiem wyniklo, ze w poblizu granicy z Portugalia jest ladne miasteczko, La Alberca. Nie majac wyznaczonej konkretnej trasy postanowilismy, ze udamy sie wlasnie tam.
Reszta dnia wlasciwie bez historii. Jechalismy wytrwale w potwornym upale (ale rym) chcac dotrzec do Ávila. Udalo sie, dojechalismy przed zmrokiem, zrobilismy zakupy, a potem popedzilismy prosto na camping. Nie bylo innego wyjscia, Adam i Monika czyms sie podtruli i tylko warunki pola namiotowego mogly zapewnic im przetrwanie. Mimo problemów zoladkowych naszych bohaterow przejechalismy 68 kilometrów.
Panorama Ávila
Dzień Trzynasty
Zaloga nasza nie wydobrzala jeszcze calkowicie, a poza tym od rana panowal potworny upal - oba czynniki spowodowaly, iz wyturlalismy sie z campingu juz po 12:00. Co prawda zlozenie jednego namiotu to nie problem (na polach namiotowych i w miejscach niepewnych rozkladalismy tylko jeden namiot), ale przy panujacych warunkach atmosferycznych byla to zajmujaca mnóstwo czasu praca. Dojechawszy do centrum rozlozylismy sie w cieniu katedry i... tak juz zostalismy. Trudno to sobie wyobrazic, ale z nieba lal sie taki zar, ze niemozliwoscia bylo przejechanie choc kilku metrów. Ostatecznie spedzilismy tu praktycznie calutki dzien, wlóczac sie tylko troche po miescie, które, mimo ze jest bardzo interesujace, nie dalo nam bodzca do jakichs bardziej zaangazowanych dzialan. Spokój naszego lenistwa zaklócal jedynie od czasu do czasu huk wystrzalów - w ten sposób akompaniowano procesji, która szla przez miasto z okazji swieta Wniebowziecia (15 sierpnia).
Mury w Ávila
Tuz przed zachodem slonca ruszylismy w droge, ale jak sie mozna domyslec nie ujechalismy daleko. Znalazlwszy przytulny kacik w miejscu oslonietym od szosy postanowilismy zostac tam na noc. Bylismy w tym momencie niezwykle odwazni poniewaz w naszym przytulnym katku spoczela kiedys na zawsze jakas krówka, której szkielet blyskal w trawie. Lubujac sie cisza i widokiem gwiazd zjedlismy kolacje i poszlismy spac. Bylismy w koncu niezwykle zmeczeni, przejechalismy az 18 kilometrow!
Element krówki
Dzień Czternasty
Obudzilismy sie grubo przed wschodem slonca, a ruszylismy ok. 7 rano, tak by przejechac jak najwiecej zanim nasza gwiazda dojdzie do glosu. Jak sie okazalo, sprzyjalo nam szczescie. Najpierw droga prowadzila wiele kilometrów mniej lub bardziej, ale zawsze w dól. Potem ugoszczeni zostalismy w wiosce, w której zatrzymalismy sie na sniadanie, przez pania która widzac nas jedzacych na chodniku zaprosila nas do domu, czestujac kawa i ciastkami, a pozegnala sie wreczajac nam butelke wina. Przy okazji mielismy mozliwosc zobaczenia ciekawostki architektonicznej - w domu, w którym mieszkala, jedna z izb nie miala okna, tylko ogromnych rozmiarów lej w suficie, przez który wpadalo swiatlo.
Pelni sil popedzilismy dalej i mimo wiejacego dosc silnie wiatru dokonalismy rzeczy niesamowitej - okolo poludnia mielismy za soba juz 70 kilometrów!!! Korzystajac z tej sprzyjajacej nam nadzwyczaj okolicznosci postanowilismy zmarnowac nieco czasu wylegujac sie nad brzegiem rzeki w Alba de Tormes. Tam tez mielismy okazje poobserwowac zwyklych, szarych, biednych Hiszpanów i ich wakacje w miescie. Widok generalnie równie przygnebiajacy jak i w Polsce w takich miejscach. Mielismy równiez nadzieje na kapiel w rzece, ta okazala sie byc jednak na tyle brudna, ze nawet odwazni Kasia i Adam nie zamoczyli tam stóp.
Po czterogodzinnym odpoczynku ruszylismy dalej i wkrótce bylismy w pieknej Salamance. Rozlozylismy sie na Plaza Mayor i posililismy lodami z McDonald's za 50 peset. Potem obejrzelismy pobieznie miasto i pojechalismy na camping "Don Quijote", na którym zostalismy juz do nocy. Po prostu do centrum bylo 6 kilometrów i juz nam sie nie chcialo ruszac. Jakby nie patrzec tego dnia przejechalismy 103 kilometry.
Plaza Mayor w Salamance
Cofnij
Dalej