|
|
300 kilometrów w jeden dzień |
||
W góręKilka dni temu otrzymałem od Radka e-mail: "Nie chciałbyś zrobić czegoś głupiego?" Na przykład objechać w jeden dzień Zalew Szczeciński, a przede wszystkim pokonać przy tej okazji dystans 300 kilometrów. Cóż, bardzo lubię robić głupie rzeczy na rowerze więc bez chwili zastanowienia odpowiedziałem: "Pewnie, że tak!" Nadeszła sobota, 8 lipca 2000 roku. Od tygodnia padał deszcz więc jeszcze w piątek wieczorem z niepokojem wyglądaliśmy przez okno. Na szczęście natura sprzyjała tym razem naszym szalonym zamiarom i o 5 rano przez chmurki wyglądało wschodzące słoneczko. Tak więc kilka minut po szóstej spotkaliśmy się przy pętli tramwaju nr 8 (Szczecinianie wiedzą gdzie to jest) i niedługo potem ruszyliśmy w trasę. Przed nami 300 km. Po kilkunastu minutach byliśmy już na granicy niemieckiej. Przekroczyliśmy ją w Bobolinie korzystając z przejścia pieszego (zamkniętego zresztą o tej porze - mimo iż tabliczka głosi, że przejście otwierane jest o 6 rano to niemieckim pogranicznikom nie przyszło pewnie do głowy, że ktoś tam tak wcześnie będzie się pchał). Tak więc skacząc przez barierkę dostalismy się do Unii Europejskiej. Od samego rana jechaliśmy drogami bocznymi, często dość mocno klucząc. Robiliśmy tak jednak nie przez nasze gapiostwo, tylko po to by już na wstepie nabić jak najwięcej kilometrów. Zdawaliśmy sobie po prostu sprawę z tego, że jadąc głównymi drogami 300 nie wykręcimy. Jadąc więc stałym, uzgodnionym wcześniej tempem 24 - 25 km/h posuwaliśmy się żwawo do przodu. Pierwszy postój zrobiliśmy po 50 km, za Pasewalkiem. Choć Radek planował nie zatrzymywać się przed pierwszą 100-tką mój żołądek zbuntował się i zmusił mnie (a co za tym idzie Radka) do postoju. Myślę, że Radziu się na mnie jednak za to nie pogniewał ;-) Niedługo potem dotarliśmy do Ueckermuende. Cały czas trzymaliśmy dobrą średnią (20 km/h wliczając postoje) więc pozwoliliśmy sobie obejrzeć port, z którego odpływają stateczki "turystyczno-handlowe" do Polski. Stamtąd też rozpoczęliśmy część trasy wiodącą wokół Oderhaff, czyli niemieckiej części Zalewu. Niestety zerwał się dość silny, przeciwny wiatr i droga stała się bardziej uciążliwa. W miarę możliwości kontynuowaliśmy jazdę systemem zmian (co 3 kilometry), mając w ten sposób okazję do chwilowych odpoczynków. Spore odcinki tego etapu naszej podróży przemierzaliśmy jednak ścieżkami rowerowymi, gdzie z uwagi na ich szerokość (a raczej "wąskość") zmiany nie były możliwe. Po dojechaniu do miejscowości Anklam zawróciliśmy na wschód, a więc dostaliśmy przy okazji wiatr w plecy. Dzięki temu, mimo iż mieliśmy już w nogach ponad 100 km, gwałtownie przyspieszyliśmy uzyskując na tym odcinku średnią co najmniej 30 km/h. Już praktycznie bez postojów dotarliśmy do przejścia pieszego Świnoujście/Seebad Ahlbeck i przed godz. 14, a więc po 7,5 h jazdy byliśmy znów w Polsce. W Świnoujściu zaplanowaliśmy obiad. Na miejsce konsumpcji natrafiliśmy już po chwili dostrzegając za płotem tablicę z kuszącym napisem "Stołówka - śniadania, obiady, kolacje". Jak się po chwili okazało, za 14 złotych dostaliśmy wielki obiadek z dwóch dań, który nam się przedłużył na tyle, że gdy skończyliśmy okazało się, że mamy czas co najwyżej na załatwienie potrzeb fizjologicznych w toaletach tak przyjaznego nam ośrodka. Ok. 15 ruszyliśmy więc w dalszą drogę, mając już za sobą 160 km. Jeśli ktoś nie wie jak czuje się człowiek siadając na siodełku po przejechaniu takiego dystansu to wyjaśniam słowami Radka, "pomyśl, że to kanapa, tylko że na niej siedzi jeżozwierz". Trafione w sedno.
W dółPo obowiązkowej (w tym wypadku kilkusekundowej) wizycie na plaży pomkneliśmy przez ulice Świnoujścia ku przeprawie promowej. Chwila oczekiwania na prom okazała się być przedostatnim dłuższym postojem. Po dostaniu się na drugą stronę Świny (ujścia) co rower wyskoczy pomknęliśmy w stronę Międzyzdrojów. Jechaliśmy drogą krajową nr 3, niestety przypomina ona swoją jakością bardziej zapomnianą drogę osiedlową niż jedną z głównych tras Polski. Ogromne dziury skutecznie wybijały nas z rytmu, a i natężony ruch samochodowy nie sprzyjał szaleństwom rowerowym. W końcu dotarliśmy do Miasta Gwiazd, nie skorzystaliśmy jednak z okazji i nie porozjeżdżaliśmy odciśnietych w chodniku łapek gwiazd naszego kina. Wiechaliśmy za to w las by wydłużyć nieco drogę przecinając Woliński Park Narodowy. Są to bez wątpienia fantastyczne tereny do jazdy rowerem górskim tak więc i my na chwilę zapomnieliśmy, że na licznikach już prawie 200 km. Przyznać muszę jednak, że kilkukilometrowy przejazd przez piaszczyste drogi dobił moje nogi i po wyjeździe na asfalt po raz pierwszy poczułem, że siada mi prawe kolano. Cóż, ostatni większy wyjazd miałem dokładnie miesiąc wcześniej, a w międzyczasie nie miałem zbyt wielu okazji by pokręcić. Spadek formy dał się więc trochę odczuć. A Radek? Radek stwierdził, że zupełnie nie czuje przejechanych kilometrów i... przyśpieszył. Ja od tego czasu ograniczyłem się do dotrzymywania mu kroku, a zmiany stały się bajką przeszłości. W Wolinie otarliśmy się o odbywający się tam Festiwal Wikingów, nie zatrzymaliśmy się jednak ponieważ postawiliśmy sobie nowy cel. Z chwilą gdy jasne stało się, że te 300 km przejedziemy Radek postawił przed nami nowe wyzwanie: zdążyć do Szczecina na odbywający się tamtego wieczora z okazji Dni Morza pokaz sztucznych ognii. Z wrodzoną zawziętością zacisnął zęby, przełknął moje marudzenie, wziął mnie na hol (może nie dosłownie, ale prawie) i pojechaliśmy dalej. Tempo wciąż, o dziwo, nie spadało. Jadąc cały czas ok 25km/h dojechaliśmy do Stepnicy, gdzie nad Zalewem Szczecińskim zrobiliśmy ostatni postój. Tam po chwili zastanowienia stwierdziłem, że najwyżej wymienię sobie w Szczecinie kolana i tak jak potrafiłem zacząłem pomagać Radkowi w utrzymaniu stałej prędkości. Po drodze okazało się, że prosta droga do naszego miasta jest zdecydowanie za krótka i musieliśmy zatoczyć jeszcze spore koło objeżdżając Goleniów. Już w Szczecinie stwierdziliśmy z przerażeniem, że do wymarzonej 300-tki (licząc od miejsca porannego spotkania) brakuje nam 4 km. Rozwiązaniem okazało się zrobienie małej rundki przez miasto. W końcu o 22:20, dokładnie 16 godzin po starcie, na liczniku ukazała się ta nieprawdopodobna liczba 300!
W sumie tego dnia zrobiliśmy 307 kilometrów. Na sztuczne ognie zdążyliśmy, szkoda tylko że pokaz zawiódł nasze oczekiwania. Jechaliśmy 16 godzin, z tego 13 przesiedzielismy na siodełkach, reszta to postoje. Obaj jechaliśmy na rowerach górskich (Trek 830 i Trek 8000, opony semislicki), obaj jesteśmy amatorami traktującymi jazdę na rowerze jako hobby. Nie dożywialiśmy się żadnymi środkami dopingującymi (ani dozwolonymi, ani zabronionymi). Po tym wyczynie uważam, że obaj jesteśmy WIELCY.
Z rowerowym pozdrowieniem
Lipiec 2000r.
|
||